Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanae i Yves. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanae i Yves. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Yves CD Hanae

Pomóc? Jemu? Czy to kpina?
 Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał z ust dziewczyny. A może to tylko kolejna iluzja jego chorego umysłu? Przejaw schizofrenii?
Niepewnie zerknął w jej stronę, starając się potwierdzić swoje przypuszczenia. Miała skupioną i wyczekującą minę, jakby naprawdę jeszcze chwilę temu zaofiarowała pomoc tak żałosnej istocie jak on. A co jeśli... Tylko, rzecz jasna, przypuszczając... Ona  n a p r a w d ę widzi w nim człowieka?
 Nie, stać. To zbyt irracjonalne, nawet jak na kolejny wymysł wymoczka antyspołecznego. Jednak... Gdyby brała go za istotę ludzką... To tylko dlatego, że nie poznała się jeszcze całkowicie na marności jego istnienia. Właśnie. Już ktoś, kiedyś, powiedział mu identyczne słowa.
Zaufaj mi.
Pomogę ci, tylko się przede mną otwórz.
Zrobił to. Wszystko, co czuł, cała fala jego niestałych, gorących uczuć wylała się prosto z jego połatanego serducha, torując w nim głęboką dziurę.
Nikt, nigdy, ponownie jej nie załatał.
Oczywiście nikogo, poza sobą, za to nie winił. To głupota, bo w końcu czego oczekiwał?
Ale teraz, znowu ktoś się nim przejmuje. Znów ktoś chce mu pomóc, nie wiedząc nawet o beznadziejności tego zadania. Tak, właśnie. Powinien uświadomić Hanae, zanim jeszcze popełni ona ten straszliwy błąd, jakim było zajmowanie się nędznym wymoczkiem antyspołecznym.
 Ze wzrokiem wbitym w ziemię, kurczowo ściskając kartonik soczku, z trudem wydukał słowa w jej stronę.
 - N-nie powinnaś się mną przejmować, des. T-to naprawdę nic takiego. Ja.. - szukał długo odpowiedniego słowa, by wyrazić własną żałość, by po dłuższej chwili wreszcie dokończyć - jestem o-okropny, wiesz...? Nie warto się przejmować tak marnym i żałosnym stworzeniem... W ten sposób... Mogę krzywdzić tylko innych, des.
Mógłby tak wymieniać godzinami to, co wpajano mu od dzieciństwa, gdyby jego dukanie nie przerwały jakieś śmiechy dzieciaków, dochodzące kilka metrów dalej. Odruchowo krzyknął bezgłośnie, odskakując do tyłu i wylewając na Hanae sok, ten sam, który w swej wspaniałomyślności mu ofiarowała.
 - P-przepraszam...! N-naprawdę, j-ja... to nie było celowe...!
Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Serce w jednej chwili mu zamarło. Jako dziecko często mu się to zdarzało, często swoją niezdarnością doprowadzał innych do szału. Znał już dobrze następstwa, jak i konsekwencje występujące po takich aktach zapomnienia. Teraz, z pewnością już go znienawidzi, a jej żądza zemsty na tej żałosnej istocie dosięgnie czwartego pokolenia z jego marnej krwi. Nie miał prawa błagać o litość czy przebaczenie, w końcu dopuścił się tak haniebnej zbrodni, jaką było oszpecenie wizerunku tej grzecznej i cierpliwej osóbki, która do tej pory przymykała oczy na jego żałosną osobę. Nie, to była zbrodnia, której żadne kółka różańcowe, akcje charytatywne czy pomaganie seniorom nie odkupią. Już do końca swego marnego żywota wymoczka antyspołecznego nie odkupi tych win.
Co prawda życzył sobie, by Hanae poznała się na tej żałosnej istocie, jednak z pewnością nie w taki gorszący dla niej sposób. Miała teraz pełną nad nim wyższość i władzę. Więc w ostatecznym rozrachunku jednak dzisiaj właśnie odbędzie się dla niego sąd ostateczny? Co prawda twarz sędzi miała był wykrzywionym obliczem lucyfera, a nie łagodną powłoką wróżki z podciętymi skrzydłami, ale co on tam wiedział? W końcu, mimo swojej schizofrenii był ateistą, zresztą podobnie jak cały dumny ród Camelot.
Niewiele mu już pozostało. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to oddać się w jej rządne zemsty ręce, by odpokutować za haniebność tych uczynków.
Tak by postąpił ktoś uczciwy. Yves był niestety zbyt tchórzliwy, by zdobyć się na oddanie w ręce sprawiedliwości. Ot, taki już smutny los wymoczka antyspołecznego. Zamiast tego, w myślach wymyślał tysiące możliwości, by jakoś udobruchać dziewczynę, na tyle, by jego śmierć była chociaż cicha i bezbolesna. Odsprzedać nerkę? Może by wystarczyło?
 Kręciło mu się w głowie, nie myślał już racjonalnie. Co zrobić? Jak umniejszyć własne cierpienie? Jedyne, co mu pozostało, to chyba wcześniejszy pomysł. Mógł zadziałać, albo wszystko jeszcze bardziej spierdolić.
  - M-mówiłem, des... Jestem n-naprawdę beznadziejny... nie powinnaś się litować nad kimś takim jak ja...
Nie mógł już wydusić słowa, głos odmówił mu posłuszeństwa. Teraz skazańcowi pozostało tylko czekać na wyrok sędziego.

<Hanae? Wybacz za tego gniota, od kilku dni wena mnie opuściła... T^T>

sobota, 6 sierpnia 2016

Hanae CD Yves

Po kilku minutach, udało im się znaleźć dobre miejsce. Z dala od ludzi. Było to samotne, duże drzewko z ogromną koroną, na której mogła by zamieszkać żyrafa. Z reklamówki wyjęła dwa soczki ze słomką o smaku jabłkowym i opakowanie ciastek z kawałkami czekolady.
- Nie wiem czy lubisz, ale postanowiłam, że też ci kupię- postawiła obok niego jeden soczek- A tutaj są ciastka, jeśli chcesz i nie krępuj się. To dla mnie naprawdę żaden kłopot- dodała, uśmiechając się.
Chłopak niepewnie wziął soczek, który dla niego kupiła. Sama otworzyła swój i zaczęła popijać, patrząc w niebo. Nie zapowiadało się, żeby miało padać. Co jakiś czas zerkała na Yves’a kątem oka. Zachowywał się trochę jak taki mały kotek, który nie ufa ludziom. Jego madness, które zdążyła już poznać, całkowicie do niego pasowało. Po chwili on również otworzył paczkę swoich makaroników, podsuwając ją w stronę dziewczyny, jakby pokazując, że też może się poczęstować. Podziękowała uśmiechem, który chyba nawet na sekundę nie schodził jej z ust.
- Chcę ci pomóc. Takie omdlenia jak dzisiaj, jeśli będą się powtarzać, mogą stać się dla ciebie niebezpieczne. Ale nic nie zrobię bez twojej zgody. Jeśli ty sam nie będziesz chciał sobie pomóc, to zmuszanie na siłę nic nie da- westchnęła cicho.
Wyglądał na trochę zagubionego w tym wszystkim. Nie oczekiwała więc, że odpowie od razu. W końcu, prawie się nie znali. Równie dobrze mógł pomyśleć, że robi to w jakimś złym celu. Jednak ona robiła to tak po prostu. Nie chciała go do siebie zniechęcić czy coś w tym stylu. Wyglądał też na dosyć samotnego, bo czego spodziewać się po kimś, kto boi się ludzi? Najzwyczajniej w świecie zrobiło się jej go żal. Chciała się z nim zaprzyjaźnić nie tylko dlatego, ale też po to, bo wydawał się być naprawdę wartościową osobą. Bardziej wartościową niż wszyscy ci, którzy byli pewni siebie, odważni.

<Yves? Naprawdę się starałam ;-;>

piątek, 5 sierpnia 2016

Yves CD Hanae

Spojrzał na nią z nieukrywanym zdziwieniem. Czyżby... pomyślała o nim i o jego strachu przed ludźmi...? To... naprawdę miłe. Nikt dotąd nie był dla niego tak miły. Właściwie, w ogóle nie spotkał nigdy miłej osoby.
Dopiero teraz do niego dotarło, że będąc z nią na stołówce nie mógłby użyć swojej umiejętności, co zazwyczaj robił. Najpewniej, znów by zemdlał i doprowadziłby prędzej lub później do szewskiej pasji swoją towarzyszkę, czego nie chciał.
 W odpowiedzi pokiwał z wdzięcznością głową, nadal nie potrafiąc się jednak przemóc, by spojrzeć na Hanae.
 Poszli razem do najbliższego sklepu. Yves z całej siły starał się skupić na rozmowie z dziewczyną, nie myśląc o tych wszystkich spojrzeniach przechodniów. Raczej nie wyglądał zbyt normalnie, nie wspominając już o jego dziwacznych reakcjach i zachowaniu. Bez swojej umiejętności był kompletnie bezbronny. Przejście przez ulicę, czy choćby przebywanie w tym samym pomieszczeniu co istota ludzka to dla niego koszmar.
 Droga trwała może z pięć minut, jednak on chwilami myślał, że błądzą tak bez konkretniejszego celu już czwartą godzinę. Minuta dłużej i kolejne halucynacje nawiedziłyby jego wyniszczoną psychikę, a on sam straciłby przytomność.
Po przekroczeniu progu sklepu, "uprzejma" pani za lady obrzuciła ich nieprzychylnym spojrzeniem. Na ten widok Yves struchlał ze strachu, odruchowo chcąc aktywować swą umiejętność. Siłą woli powstrzymał się jednak, wbijając wzrok w podłogę i blednąc całkowicie.
 - Proszę - ewidentnie zwróciła się w jego stronę, wlepiając rozdrażnione ślepia w jego wątłą sylwetkę.
 Spojrzenie było tak przytłaczające w jej oczach, że aż niebezpiecznie się zachwiał do tyłu, jednak nie upadł tym razem. Czemu zwróciła się akurat do niego?
 Na ziemi znajduje się niemal siedem miliardów ludzi, w samej Japonii jest to około 127 milionów. Z nich wszystkich, z tak wielu jednostek akurat on musiał doświadczyć tej czystej antypatii z jej strony. I to akurat teraz, kiedy nie może uaktywnić swojej umiejętności. Więc tak wyglądają bramy piekieł? Momentalnie nawiedziła go szczera chęć popełnienia tu i teraz seppuku i pozbycia się tego widnokręgu nieskończonej agonii i męki.
Nie, musiał to wytrwać. Naprawdę, czy dla każdego człowieka zwykłe zakupy są jak osobiste spotkanie z czartem? Bo przecież w tamtej chwili mógłby ręczyć własnym, marnym życiem wymoczka antyspołecznego, że tuż przed jego oczami ukazał mu się sam lucyfer, w postaci z pozoru niegroźnej pani w podeszłym wieku za lady. Czyżby teraz właśnie nadszedł dla niego dzień sądu ostatecznego? Wszystkie jego grzechy, grzeszki i niecne uczynki wypełzną zza lady niczym jadowite węże, kąsając go śmiertelnie po kostkach i oplatając mu się wokół szyi? Och, jakże teraz szczerze i z całego serca żałował każdej okruszynki skradzionego ciastka...! Zwróciłby je wszystkie, ale ich stan nie był zbyt korzystny pod względem etycznym.
 Nie...! Nie mógł znów poddać się swoim halucynacjom, w końcu to tylko zwykła iluzja jego chorego umysłu. Właśnie, tego nie ma, więc nie istnieje. Logiczne, prawda? Cudem udało mu się opanować paraliż ze strachu, drżącą ręką chwytając się najbliższej półki. Po części, żeby nie przytulać się znowu z podłogą, po części, by wziąć stamtąd pierwszy, lepszy produkt i zmywać się z tego duszącego kotła cierpienia.
 Chwiejnym krokiem podszedł do lady, słaniając się po kątach, by w końcu oprzeć rękę o stabilny blat lady.
 - T-to - powiedział szybko i nerwowo, jakby ktoś miał zamiar oskalpować go za bardziej rozbudowane zdania.
 Człowiek (teraz już był pewny, że to człowiek, żaden demon) wziął z jego zalanej zimnym potem ręki produkt, by wolno skasować i podać cenę. Kilka razy chybiał, zanim wreszcie trafił drżącą ręką do kieszeni i wyjął zgniecione banknoty, bez liczenia niemal rzucając nimi o ladę. Oczy kasjerki przypominały teraz dwie, wyjątkowo wielkie pięciozłotówki, z otwartą buzią przyglądała się tej sumie. Czyżby to było mało? Może właśnie nieświadomie kupował jakiś cenny antyk, którego nie usatysfakcjonują żadne papierowe pieniądze? O wszyscy święci, czyżby tylko jeszcze bardziej nabiedził? Nie chciał wydawać całego kieszonkowego, danego mu prędzej dla zachowania pozorów niż z dobrych chęci, ale jeśli tego wymaga sytuacja i etykieta...
 - Dopłacić...? - sięgał już  jedną ręką po resztę pieniędzy wziętych "na zaś".
 - N-nie! - pani natychmiastowo wybudziła się z chwilowego letargu, jakby otrząśnięta po pierwszym szoku. - Reszta... Zaraz wydam resztę!
 - N-nie potrzeba! - szybko wykonał przeczący ruch głową, broniąc się całej siły przed szturmem jej nagłego i niezrozumiałego entuzjazmu.
 Zmienił zdanie. Przerażająca, ta kobieta to istne zło wcielone! Wyglądała właśnie, jakby dostawała małpiego rozumu, zwracając się do niego per pan, z dziwnie uprzejmym i kulturalnym tonem.
 Raz, w całym swoim życiu zebrał swoją pseudo odwagę, by spróbować czegoś z gatunku horrorów. Później rzecz jasna szczerze tego żałował, nie mogąc zasnąć przez tydzień. Tamten film przy niej to pikuś. Nie dość, że zwracała na niego taką uwagę, zalewała go na dodatek jeszcze dwudziestoma pytaniami naraz, pełnymi wilczych zamiarów obszytych skórą owczej uprzejmości. Znów ukazywała mu się w niej twarz lucyfera, po raz kolejny również pojawiły mu się mroczki przed oczami, a nogi zmiękły jak wata cukrowa. Nie na tyle jednak ogłupiał, by dać się jej omamić i pozwolić na wciągnięcie w tak misternie uknuty plan szatana. Nie mogąc znieść dłużej narastającej presji, aktywował swoją umiejętność i rozpłynął jej się tuż przed oczyma, niczym poranna mgiełka lub złoty sen. Pani najpierw kilkakrotnie zamrugała oczami, jakby im nie dowierzając, by w końcu całkowicie zapomnieć powodu swojej wcześniejszej ekscytacji. Choć znowu z niedowierzaniem patrzyła na niedbale rzuconą sumę, nie będąc w stanie sobie nawet przypomnieć, skąd się wzięły. Tym lepiej.
 Dezaktywował swoją umiejętność dopiero kilkanaście metrów dalej od sklepu. Normalnie nie odwoływałby jej wcale, jednak Hanae nadal została w czeluściach piekielnych, które istoty ludzkie nazywają sklepem spożywczym. Ona jest normalną, samowystarczalną jednostką ludzką, to pewne. Zrobienie zakupów nie sprawi jej takich problemów, za chwilę wyjdzie ze sklepu bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, zarówno fizycznym jak i psychicznym.
Rozpozna go?
Dopiero teraz jego mały, niezdarny móżdżek pojął, czym właśnie zaryzykował. Nie znał się z nią długo, nie miał żadnych zdjęć, czy innego dowodu na to, że zamienili ze sobą choć słowo. Skoro użył madness, czy to oznacza, że nie tylko nachalny czart o nim zapomni, ale również i jego dobrodziejka? Czy teraz przejdzie obok niego, nawet nie spoglądając na jego marną, żałosną osobę? Z jakiegoś powodu, myśl o tym była bolesna.
Samotność jest bolesna.
Widział o tym, aż za dobrze. Ale dopiero teraz zrozumiał, że samotność może boleć jeszcze bardziej, po raz zakosztowaniu słodkiego nektaru równie miłego towarzystwa. Po raz pierwszy w życie nie chciał, by ktoś o nim zapomniał. Egoistyczne i samolubne z jego strony, prawda? Ale mimo to... mimo, że zdawał sobie sprawę z własnej samolubnej prośby, chciał nadal, by się spełniła. Nadal chciał, by ktoś jednak zdawał sobie sprawę z jego istnienia, a tym kimś miała, musiała być Hanae.
Czuł, że tym egoizmem naruszał niepisaną zasadę.
Zasadę, dzięki której mógł wieść spokojne życie bezbarwnego odbicia, niekształtnego cienia.
Czy on naprawdę nie może nawet marzyć o szczęściu?
Jak bardzo musiał być przeklęty? Przez kogo?
Jego coraz bardziej zagmatwane rozmyślania przerwała machająca w jego stronę Hanae. Nie, nie zapomniała tej marnej istoty. Fala ulgi i niezrozumiałego szczęścia natychmiastowo zalała jego żałosne, łatwowierne serduszko.
Kiedy do niego dotarła, Yves zauważył na jej twarzy wyraz rozbawienia połączonego z politowaniem. Czyżby jednak zmieniła do niego stosunek, zauważając marność jego egzystencji? Szybko jednak rozwiała jego podejrzenia, wskazując dłonią na kurczowo trzymany przez niego w dłoniach produkt, zwracając się do niego z ogromnym bananem na twarzy.
 - Ciekawe nawyki żywieniowe.
 Dopiero teraz spojrzał na to, co dotychczas nie zamierzał wypuszczać nawet za cenę życia, i momentalnie cała jego twarz nabrała koloru intensywnego szkarłatu.
 Kupił paczkę makaroników, tych w kształcie literek, za połowę swojego kieszonkowego. Geniusz.
 Nie bardzo wiedząc, co z nimi zrobić, trzymał je nadal kurczowo pod pachą tak, jak trzymał, wbijając jednocześnie zażenowany wzrok w płyty chodnikowe.
 - Chodźmy znaleźć jakieś spokojne miejsce, zgoda? - Jego towarzyszka wydawała się szczerze rozbawiona tą sytuacją, jednak nie zamierzała najwidoczniej czynić mu wyrzutów.
Pokiwał głową, nadal nie mogąc podnieść wzroku ze wstydu.

<Hanae? Makaroniki (/*3*)/!>

czwartek, 4 sierpnia 2016

Hanae CD Yves

Po krótkiej wymiany zdań, chłopak zemdlał. Na oczach jej i kilkorga innych uczniów. Należało coś zrobić, nie mogła go tak zostawić. Nie miała serca. Poprosiła więc ładnie jakiegoś chłopaka, który wyglądał na silnego, żeby pomógł jej wziąć “jelonka” do gabinetu pielęgniarki, a ona zaniosła jego pacynki. Kobieta zdawała się nieco nudzić, chociaż w takiej szkole nie trudno o jakiś wypadek. Gdy tylko weszli, westchnęła cicho i wskazała na łóżko. Chłopak położył go na kozetce, a Hanae grzecznie podziękowała. Pielęgniarka wypytała ją o kilka rzeczy. Mimo, że równie dobrze mogłaby już iść, postanowiła zostać dopóki się nie wybudzi. Po dziesięciu minutach w końcu otworzył oczy. Powoli usiadł na łóżku, będąc chyba trochę zdezorientowanym. Podczas gdy on spał, dziewczyna starała się nieco dowiedzieć o powodzie, dlaczego mógł zemdleć. Niezdrowy tryb życia? Nie wyglądał na kogoś, kto lubi towarzystwo, wręcz przeciwnie. Chciała mu pomóc. I już nie dlatego, że chciała zawrzeć nową znajomość, chociaż to też. Po chwili dowiedziała się, jak ma na imię. Yves Camelot. Ładnie. Kilka minut później mogli już opuścić gabinet pielęgniarki. Gdy usłyszała jego propozycję, na jej twarzy ponownie zagościł delikatny uśmiech.
- Dobrze, Yves-san. Ale jeśli nie chcesz, nie musimy tam iść. Mogę kupić coś w sklepie i możemy zjeść gdzieś, gdzie nie ma dużo ludzi- zaproponowała.
Stołówka - dużo ludzi, a on nie wyglądał na kogoś lubiącego być wśród tylu osób. Mogła stwierdzić to po jego wcześniejszym omdleniu.


<Yves? To jak?>

środa, 3 sierpnia 2016

Yves CD Hanae

Echh...? Co ona, z tą ręką...? Nie mówcie, że... ten miły uśmiech to tylko przykrywka? Za chwilę strzeli mu plaskacza w twarz, tak, by się nie pozbierał? Ten przyjazny uśmiech był co najmniej dezorientujący. Naprawdę, jak miał to zinterpretować?
 Miał mroczki przed oczami, do tego doszło jeszcze kręcenie się w głowie. Nie był, z pewnością nie był przygotowany na tak bliski kontakt fizyczny z ludźmi. Starając się z całej siły opanować drżenie, użył ściany jako pomocy przy wstawaniu. Nadal się chwiejąc i drżąc niczym osika na wietrze, odważył się bliżej przyjrzeć uprzejmie nastawionej dziewczynie.
 Była to mniej więcej jego wzrostu brunetka, ubrana w białą koszulkę i jeansy. Nie znał się na standardach piękna ogólnie przyjmowanych w społeczeństwie, ale był przekonany, że dziewczyna, Hanae, była z pewnością ładna. Nie wyglądała również na złą osobę, wręcz przeciwnie. Emanowała z niej jakaś pozytywna energia.
Naprawdę, szczerze jej współczuł, że musi obcować z równie żałosnym i słabym stworzeniem, co on, nie zdając nawet sobie z tego sprawy. A przecież wcale nie musiało się to tak kończyć. Mogła żyć spokojnie w tej szkole, z dwiema wiernymi przyjaciółkami, małą, skośnooką Chinką Rou Mei i rudą, gadatliwą Francuzką Lilith, otoczona wianuszkiem adoratorów. Po skończeniu szkoły z wyróżnieniem mogłaby nadal z nimi utrzymywać kontakt, który po dwóch latach urwałby się kompletnie. Znalazłaby dobrze płatną pracę na stanowisku doradcy finansowego, wyszłaby za kruczoczarnego szweda o marszczonym czole i krzaczastych brwiach, by po latach podróży po świecie i zwiedzaniu krajów wreszcie osiąść w małym domku na obrzeżach Florencji, utrzymując się z emerytury wraz z czarnym kotem Feliksem i długowłosym psem Aleksandrem...
 Ale nie. Musiała spotkać tak żałosny margines społeczny, jakiego był głównym przedstawicielem i jedynym członkiem.
Co za żałosne, marne stworzenie.
Zabierzcie mi je z przed oczu.
W dzieciństwie niemal zawsze to słyszał. Ale nigdy nie mógł nawet zaprzeczyć. To była prawda, nie był nawet godny nazwania istotą ludzką, tylko marnym cieniem, żałośnie słabym duchem, niestałym istnieniem, bytem.
 Nie chciał swoją obecnością sprawić, by tak okrutne słowa słusznej jednak prawdy popłynęły z ust tej miłej dziewczyny,
 Mógł to jednak jeszcze wszystko cofnąć i oszczędzić jej kłopotów. Wystarczyło tylko użyć mu swojej umiejętności, oszukać po raz kolejny przewrotny los i złorzeczące przeznaczenie. Niewinna niczemu uśmiechnięta dziewczyna zapomni, będzie żyć w błogiej nieświadomości. To najlepsza ze wszystkich możliwości.
 - Jesteś blady - jego na wpół obłąkane rozmyślania przerwała Hanae - może powinieneś pójść do pielęgniarki...
 - Nie...! - niemal krzyknął, nie mogąc powstrzymać duszonego w sobie strachu.
Pielęgniarka, czyżby chodziło jej o szkolnych lekarzy...? W takim razie, to ostatnie miejsce, które chciałby odwiedzić. Nie miał najlepszych skojarzeń z lekarzami. W dzieciństwie, ze względu na swoją słabą odporność, często był tam zabierany, do istnego piekła. Nie mógł zdzierżyć przypadkowego ludzkiego dotyku czy spojrzenia, a w gabinecie lekarskim coś takiego to norma.
 - Hej, g ł o d n y! pamiętasz, zakuta pało? - przerwał mu Remi-chan, najwyraźniej próbując dobrać mu się do nadgarstka.
 - Wiem, pamiętam, Remi-chan - mruknął uspokajająco, starając się jednocześnie odwieść go od pomysłu zjedzenia mu ręki - zaraz pójdziemy, prawda? Nie musisz być taki nerwowy...
 W tym momencie jednak zamilkł, napotkawszy pełne zdziwienia i zażenowania spojrzenie dziewczyny. No tak, przecież ona go widzi...! Rozmawianie z przedmiotami nieożywionymi... To nie jest normalne, prawda?
Ze wstydu najpierw całkowicie pobladł, by następnie cała jego twarz przybrała odcień dojrzałej piwonii. Usłyszał również za sobą przyciszone szepty i chichoty.
 Nie.
To nie  o n a  go widzi, to  w s z y s c y  go widzą. Czuł na sobie spojrzenia chyba z tysiąca par oczu, mimo że na korytarzu było ich może dziesięć, nie więcej. Pozostałe twarze widział w ścianach, których teraz obraz załamywało mu światło i strach, na podłodze, w suficie. Każda twarz miała kpiące, ironiczne oczy, szerokie uśmiechy i dwie czarne, bezkształtne macki, tam, gdzie zwykle mają miejsce ręce. Wszystkie były strasznie głośne. Krzyczały cudze myśli, swoje, jego własne. Nie mógł już ich rozróżnić, pojedynczych par oczu, głosu, szeptów, a nawet znaczenia ich słów. To było ponad jego mierne siły.
Zemdlał.

~~~

Błogi sen przerwał mu jasny, nieskalany słup światła, padający z okna po jego lewej stronie. Niechętnie mu przyszło się obudzić, jednak chcąc nie chcąc, wolno otworzył zaspane oczy.
 Leżał na łóżku w gabinecie pielęgniarki, a przynajmniej domyślał się, że tu się znajdował. Obok, na obracanym krześle przy biurku, siedziała pani Perry, żywo rozmawiając o czymś z postacią obok. Musiał trochę wysilić swoje zaspane zmysły, by przetworzyć i sklecić dolatujące do jego uszu urywki z ich rozmowy.
 - To nie anemia, podejrzewam raczej, że niezdrowy tryb życia. - Wymruczała pielęgniarka, Zapewne rozdrażniona zawracaniem głowy o pierdoły - zasłabnięcia są dość częste w fazie dojrzewania.
 Nie miał ochoty słuchać dalszej części, zamiast tego spróbował poruszyć mięśniami twarzy, bezskutecznie. Czyżby wstrzyknęli mu tu jakieś podejrzane preparaty, by go unieruchomić? Nie mogąc ruszać twarzą, spróbował poruszyć głową, na czym z resztą wypadł lepiej. Dopiero teraz poczuł dziwne uczucie ogarniającego zimna i drętwoty, jak również twardości przedmiotu przy policzku. Z pewnością poduszka to nie była.
 Tulił się właśnie do poręczy łóżka. Jak do zwykłego pluszaka. Aha.
 Natychmiastowo odsunął zdrętwiały policzek od lodowatej poręczy, co nie umknęło uwadze tamtej dwójki.
 - Obudziłeś się już? - Spytała pielęgniarka, odwracając głowę przyozdobioną dwoma kucykami w jego stronę.
Dopiero teraz zrozumiał, kim była druga postać. Dziewczyna, która przedtem okazała mu tyle uprzejmości, również zapewniła mu opiekę medyczną? Sprawił jej tyle kłopotu, przez jego zwykłe fanaberie... Czuł się z tym podle. Spojrzał na nią niepewnie, jednak nie wyglądała na wściekłą czy zirytowaną jego niezdarnością, przeciwnie. Uśmiechnęła się miło, jednak tym razem nie wyciągnęła już w jego stronę ręki.
 Wstał z łóżka już bez oznak osłabienia, nadal jednak lękliwie patrząc w stronę istot ludzkich.
 - Nazwisko - rzekła fachowym tonem pielęgniarka, wzrokiem lustrując dokumenty.
 - Y-yves Camelot, des.
Zapisała coś w papierach, a następnie milcząco ręką wskazała na półkę obok. Leżeli na niej Rene-chan, Remi-chan, jego słuchawki, mp4 oraz czarna kurtka. Dopiero teraz spostrzegł ubytki we własnej garderobie, toteż nie tracąc dłużej czasu chwycił z nieukrywaną radością swoje przedmioty, przywracając je na ich właściwe miejsce. Po dziesięciu minutach wyszli z gabinetu, znajdując się na korytarzu.
 Przeszły mu mdłości i halucynacje, zżerały go natomiast wyrzuty sumienia. Sprawił niewinnej niczemu Hanae tyle kłopotu, wszystko przez jego stany lękowe i strach przed istotami ludzkimi. Chciał, choć odrobinę zrekompensować się jej za swoje bezczelne, egoistyczne zachowanie, ale w jaki sposób? Jak należy przepraszać drugą osobę? No i skąd niby taki antyspołeczny wymoczek jak on mógł to wiedzieć?
 Po chwili wewnętrznej walki, w końcu niepewnym, drżącym głosem zwrócił się w jej stronę, znajdując jednocześnie coś niezwykle interesującego w swoich butach.
 - Dziękuję, des - powiedział tak cicho, że sam nie był do końca pewny, czy dosłyszała - Je-jeśli nie miałabyś nic przeciwko, w podziękowaniu... c-chciałbym zjeść coś wspólnie na stołówce, des.

<Hanae? Złapałam w karton okruszki weny x3>

wtorek, 2 sierpnia 2016

Hanae CD Yves

Była tutaj od niedawna. Właściwie, od jej przyjazdu minęły już bite dwa tygodnie, a ona dalej nikogo nie poznała. Samotność powoli zaczęła jej doskwierać, ale nie chciała też nikomu kazać kolegować się z nią. Żeby jakoś się zająć, postanowiła zacząć zagłębiać się w literaturze. Chodząc po korytarzu, bacznie oglądała okładkę, wszystkie detale, kolory. Tak, będzie się nadawać. Czuła się szczęśliwa, że znalazła miejsce dla siebie. Zatrzymała się, patrząc gdzieś w dal za oknem. Ta chwila nieuwagi wystarczyła, by coś zaczęło się dziać. Poczuła nagłe uderzenie w plecy. Ktoś na nią wpadł, tym samym wytrącając z fazy wyłączenia. Ktoś leżał za nią na podłodze. Natychmiast trochę się odsunęła, kierując wzrok na osobę na ziemi. Był to chłopak. Niski, jak na przedstawicieli swojej płci, ale jakoś nigdy nie zwracała na to uwagi. Każdemu dawała szansę.
- Jesteś cały?- spytała, uważnie go obserwując.
Obserwacja ludzi. Właściwie, od zawsze to robiła. Po dłuższym czasie, nawet bez poznania obserwowanej osoby mogła po części przewidzieć, jak się zachowa w danej sytuacji. Chłopak jakby pobladł, zaczął się trząść. Trochę ją to zdziwiło. Wyglądał teraz jak taki mały, spłoszony jelonek. Po potwierdzeniu, że nic mu nie jest, niepewnie uniósł na nią wzrok. Powoli przykucnęła, wyciągając ostrożnie w jego stronę rękę. Nieznacznie się cofnął, jakby bojąc. Ponownie się zdziwiła.
- Nie masz za co przepraszać. I to nie twoja wina. Ja również mogłam zejść trochę na bok, zamiast zatrzymując się na środku korytarza- uśmiechnęła się delikatnie, przechylając głowę lekko w bok. To była dobra okazja na poznanie kogoś
 - Arakida Hanae - przedstawiła się mając nadzieję, że potencjalny znajomy zaraz nie ucieknie.

<Yves? Być?>

czwartek, 28 lipca 2016

Od Yves'a

 Siedział na parapecie od okna, głośno nucąc melodię odbijającą się niczym echo w jego słuchawkach. Mimo tego, nie wyglądało na to, by ktoś zamierzał go upomnieć czy w ogóle zauważyć. Nikt nie zwracał na niego uwagi, tak samo jak nie zwraca się uwagi na duchy czy powietrze. Odpowiadało mu to, w końcu nie chciał być niczym więcej, jak niezauważalnym duchem, żyjącym z dala od ludzi swoim własnym życiem. Nie do końca to wszystko rozumiał; Rivaux, Madness. Wybrani, przeklęci. Z reguły, uczniowie tutaj przebywający dzielili się na tych, którzy uważają swoją moc za przekleństwo i na takich, którzy widzą w niej dar. A on nie musiał wybierać. Nie ważne, czy by posiadał moc czy nie, zawsze był, jest i będzie przeklęty. Moc odebrała mu życie jako człowiek, pozwalając stać się cieniem odbicia w lustrze. Nie zamierzał tego zmarnować. Był szczęśliwy, mogąc żyć wśród ludzi i jednocześnie nie być przez nich zauważany.
 Z zamyślenia wyrwało go własne burczenie w brzuchu. Musiał być widocznie głodny, co...? Zjadłby w sumie trochę ciastek...
 - Chodźmy coś zjeść - mruknął Rene-chan, widocznie równie głodny co on - jestem strasznie głodny.
 - Ja również - przytaknął Yves, zeskakując z parapetu.- co chciałbyś, Remi-chan?
 Remi-chan zamierzał już powiedzieć "obojętnie", kiedy przeszkodził mu oburzony Rene-chan.
 - Hej, przecież to ja jestem głodny, nie on - warknął z wyrzutem.
 - Chciałem po prostu go spytać o zdanie - uspokoił go Yves, starając się jakoś załagodzić sytuację - wiem przecież, co byś chciał zjeść, Rene-chan.
Na przemian kłócąc się i godząc z tą dwójką, przeszedł przez szkolny korytarz, jak zwykle pewny, że nikt go nie widzi. Więc, gdzie w ogóle pójdzie coś zjeść...? Stołówka? Nie... Musiały wtedy wyłączyć swoją umiejętność, a to byłoby po prostu zbyt straszne. Może by tak po prostu zwinąć komuś ciastka? Zaczął się rozglądać, wypatrując potencjalnego żywiciela, kiedy nagle uderzył w coś całym swoim drobniutkim ciałem. W wyniku starcia chwilę później doświadczył bliskiego kontaktu z podłogą, co zdekoncentrowało go na tyle, by wyłączyć swoją umiejętność.
 - Jesteś cały? - spytał głos dochodzący z góry.
Zamarł, nie mogąc się ruszyć. Człowiek go zauważył. Co więcej, on bezczelnie wpadł prosto na niego, co z pewnością musiało go zirytować. Yves poczuł, jak oblewają go zimne kropelki potu, na twarzy zaś blednie jeszcze bardziej niż zwykle. Cały się trząsł, nie wiedząc, co powinien zrobić, jak odpowiedzieć, przeprosić. Co gorsza, nawet jeśliby wiedział, nie mógł się ruszyć; strach sparaliżował go całkowicie. Jak normalny człowiek by teraz odpowiedział? Jakby się zachował? Przeprosić i zwiewać, pomyślał. Starając z całej siły opanować swój roztrzęsiony głos, zwrócił się w stronę swojego rozmówcy, wbijając wzrok w ziemię.
 - N-nic mi nie jest. Bardzo przepraszam, t-to moja wina, des.
Nie tak. Kontakt wzrokowy. Przeczytał, że to ważne w rozmowach. Starając się nie zemdleć ze strachu, odważył się podnieść wreszcie wzrok na swojego rozmówcę.
<Ktoś? Gomene, że tak późno, ale nie miałam kiedy się za to zabrać ;-;>